Dziś są Imieniny: Czcibora, Marii, Serafiny
8 . 09 . 2010
W Twojej przeglądarce jest nieaktywny JavaScript. Niektóre elementy strony do poprawnego wymagają włączonego JavaScript - włącz go aby cieszyć się pełnią funkcjonalności strony.
Lubelski portal biznesowy
Szukaj
Motto biznesowe

„Jeśli chcemy, by ludzie wykonywali dla nas dobrze pracę, dajmy im dobrą pracę do wykonania."

 

Colin Douglas

Gorąco polecamy książkę P.K. McBride’a „Internet po pięćdziesiątce”. To znakomity podręcznik korzystania z najpopularniejszego obecnie medium przeznaczony dla seniorów. Czytelnicy znajdą w nim nie tylko podstawowe objaśnienia dotyczące funkcjonowania Internetu, ale także bogaty zestaw praktycznych porad, jak poruszać się po świecie wirtualnym.

czytaj dalej

Newsletter

Odc.4

2.

Sęczawa i Klaudyna zakwaterowani zostali w oficynach leśnego pałacyku Sapiehów.
Wcześniej jednak przebyli bez zbędnych opóźnień – nareszcie się wypogodziło - trasę z Warszawy przez Siedlce do Brześcia. W stolicy województwa poleskiego udali się najpierw do Zakładu Medycyny Sądowej. W istocie był to po prostu jeden z wydzielonych oddziałów szpitalnych. Doktora Bielańskiego nie zastali w pachnącym lizolem i innymi chemikaliami ponurym, neoklasycystycznym gmachu, jednak okazano im ciało ofiary „wampira z Różanej”, choć nie bez oporów. Obecność panny Klaudyny przy oględzinach wymagała interwencji ze strony Wojewódzkiej Komendy Policji Państwowej. Pertraktacje w tej sprawie trwały dość długo, gdyż miejscowe władze nie widziały powodu, dla którego inspektor sanitarny miałaby asystować przy oglądaniu zwłok ofiary przestępstwa. Zwłaszcza, że owym inspektorem sanitarnym była młoda kobieta o porażającej urodzie i w budzącym grozę odzieniu.
Klaudynka ubrana była tego dnia w długi czarny płaszcz z wywatowanymi ramionami, trójgraniasty kapelusz i wysokie, sznurowane botki. Pod szyją miała czerwoną apaszkę, owal ust zaznaczyła krwistoczerwoną szminką i w efekcie wyglądała zupełnie jak wampir z jednego z głośnych niemieckich filmów niemych wyprodukowanych w berlińskiej wytwórni DEFA. Do dwójki warszawskich detektywów dołączył komisarz Ulatowski, wyznaczony na ich opiekuna w trakcie prowadzenia śledztwa na Polesiu. Dopiero cicha wymiana zdań między nim a Sęczawą doprowadziła do kompromisu. Przez cały czas toczonych negocjacji Ulatowski spoglądał jednak podejrzliwie na Waligórską i kręcił ze zdumienia głową.
Klaudynka nie zemdlała na widok zdeformowanych zwłok ani nie zwróciła całkiem obfitego śniadania spożytego przed kilkoma godzinami we własnym mieszkaniu przy Wolskiej. Czasy, gdy w ten sposób reagowała na makabreski już dawno minęły. Waligórska odznaczała się wyjątkowo silną konstrukcją psychiczną. Przyczyniło się do tego walnie dzieciństwo spędzone na groźnych podwórkach warszawskiego Bródna i wychowująca ją ciotka, zwolenniczka krańcowo surowych metod pedagogicznych. Klaudynka szybko oduczyła się ronić łzy. Poznała apaszowski światek stolicy i nie ominęły jej okropności pierwszej wielkiej światowej wojny. Nie skończyła jednak na ulicy, jak większość jej rówieśniczek. Nie przemieniła się także w Czarną Mańkę, zachowała jednak szacunek Majchera i jego ludzi. Był to bezcenny skarb. Niewiele osób znało tajemnice jej dotychczasowego marszu przez życie. Sęczawa był jedną z nich.
Komisarz Ulatowski zapoznał warszawskich detektywów z przeprowadzonymi dotychczas czynnościami w rzeczonej sprawie i powiedział, że udało mu się zidentyfikować ofiarę. Zamordowaną okazała się niejaka Ksenia Sawiałówna z osady Pawłowszczyzna ukrytej w głębi puszczy. Jej rodzina zgłosiła zaginięcie krewniaczki na posterunku w Różanej, choć uczyniła to z kilkudniowym opóźnieniem.
Rzeczona Ksenia udała się pewnego dnia pieszo przez las do sąsiedniej miejscowości w odwiedziny do siostry swego ojca. Przez kilka dni rodzina myślała, iż tam właśnie przebywa. Kiedy jej nieobecność przeciągała się ponad miarę, a wśród lokalnej społeczności zaczęły krążyć wieści o grasującym w puszczy wampirze i znalezionej martwej dziewczynie, jej brat udał się do Michałowszczyzny, gdzie miała zatrzymać się jego siostra i dowiedział się, że nigdy tam nie dotarła. Wówczas zaalarmował policję. Starszy aspirant Śliwa skojarzył zgłoszenie o zaginięciu z makabrycznym znaleziskiem na puszczańskiej przesiece. Ciało dziewczyny zostało okazane w Brześciu jej ojcu, który potwierdził – acz z niemałym trudem - tożsamość ofiary. Zwłoki czekały teraz jedynie na zaanonsowane wcześniej przybycie z Warszawy komisarza Sęczawy, po czym miały zostać przekazane rodzinie, by ta zorganizowała godny pochówek.
Sęczawa i Klaudyna odbyli długie posiedzenie w Komendzie Wojewódzkiej w Brześciu, gdzie pani psycholog wywołała nie lada sensację, po czym wyruszyli na noc do Prużan, gdyż było już późne popołudnie i szybko zbliżał się wieczór. Oboje grzecznie odmówili spożycia obiadu w towarzystwie komisarza Ulatowskiego. Ich żołądki nie były jeszcze na to gotowe. Obiecali pozostawać z brzeskim funkcjonariuszem w nieustającym kontakcie telefonicznym.
- Co o tym wszystkim myślisz? – zapytał Sęczawa Waligórską, gdy opuścili miasto nad Bugiem i dość gładką, szutrową szosą skierowali się ku wsi Widomla, skąd było już blisko do stolicy powiatu prużańskiego.
- To ważne, że zidentyfikowano ofiarę – odparła Klaudynka. – Teraz śledztwo powinno ruszyć żwawiej. Mam jednak nieodparte poczucie, że będzie to najbardziej zagmatwana sprawa spośród tych, które prowadziliśmy dotychczas.
- Czy coś uderzyło cię w szczególny sposób w widoku tego ciała? – kontynuował indagację Sęczawa.
- Przypatrzyłam się dokładnie tym rankom, o których wspominał w swym raporcie Bielański. – Były zadane przez człowieka.
- Dlaczego tak sądzisz?
- Właśnie ze względu na ich gładkość. Moim zdaniem nie powstały na skutek jakiegoś gwałtownego ataku. Wówczas ich brzegi byłyby poszarpane i rany miałyby różną głębokość. Wygląda mi to na jakieś nieznane narzędzie mordu, ale kierowane ręką ludzką. Coś jak szpikulec do lodu.
- Gdzie się podziała krew? Przecież sprawca jej chyba nie wypił, a wokół ofiary plamy krwi były zaledwie śladowe.
- To właśnie będziemy musieli wyjaśnić, komisarzu – zakończyła krótką wymianę zdań Klaudynka.
Do samych Prużan nie zamienili już słowa. Każde oddało się własnym rozmyślaniom.
Podkomisarz Marcin Kalita powitał ich na progu komendy. Na ulicach miasteczka zaczęły zapalać się pierwsze latarnie. Od ponad godziny niebo chmurzyło się. Znów zapowiadała się deszczowa noc.
Komisariat był rzęsiście oświetlony. Na ich widok dyżurny posterunkowy stanął w postawie zasadniczej i stuknął obcasami, po czym na jego twarzy pojawił się wyraz przerażenia połączonego ze skrajnym zdumieniem. Policjanta po prostu zamurowało. Klaudynka działała na ludzi, którzy ujrzeli ją po raz pierwszy zawsze w ten sam sposób. Przechodząc obok posterunkowego dotknęła szczupłym palcem jego munduru i rzuciła grubym głosem „Zapnijcie guzik. Wyglądacie jak w czasie bibki w karczmie, a nie na służbie”. Następnie obdarzyła skołowanego funkcjonariusza jednym ze swoich najbardziej uwodzicielskich uśmiechów. Sęczawa, który odnotował tę scenę kątem oka wiedział, że efektem ich śledztwa będzie także szereg skarg kierowanych ich śladem na adres inspektora Głombicza, a może nawet samego komendanta głównego.
- Nie mamy na dobrą sprawę żadnego punktu zaczepienia, panie komisarzu – mówił Kalita, kiedy goście z Warszawy rozgościli się już w jego gabinecie. – Identyfikacja ofiary niewiele nam dała. Starszy aspirant Śliwa z Różanej przesłuchał oczywiście rodzinę Sawiałówny. Sam także rozmawiałem z jej bratem i ojcem. Nie wniosło to do śledztwa jednak niczego nowego. Kluczową sprawą jest bowiem przecież ta krew. Jak dotąd rzadko mieliśmy u nas do czynienia z morderstwami, a tu od razu wybuchła taka bomba.
- Chciałbym dostać od pana protokoły przesłuchań członków rodziny tej nieszczęsnej kobiety – powiedział Sęczawa.
- Oczywiście – zgodził się Kalita. – Może je pan zabrać do hotelu. Zarezerwowałem dla państwa dwa pokoje w „Savoyu”.
Sęczawa uśmiechnął się. Już dawno zauważył, że im mniejsza miejscowość, tym bardziej światowa nazwa funkcjonujących w nim instytucji użyteczności publicznej. Każdy wyrównywał swe kompleksy najlepiej jak umiał.
Właścicielem hotelu okazał się niejaki pan Felicjan Piwnik, osobnik o czerstwym, pucołowatym obliczu i małych, czarnych, rozbieganych oczkach. Towarzyszył ceremonii meldunkowej gości, oraz osobiście pokazał im pokoje, popatrując co chwila z niepokojem na Klaudynkę. W hotelowym lobby siedziało kilka osób w wieczorowych strojach, a z otwartych drzwi restauracji dobiegał gwar podniesionych głosów. Jak powiedział hotelarz, odbywał się właśnie bankiet zorganizowany przez miejscowy oddział Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego. „Przybyli wszyscy ‘szlagoni’ z okolicznych majątków” – dodał Piwnik. „Cała większa okoliczna własność”.
Sęczawa z satysfakcją obejrzał pokój, a w szczególnie dobry humor wprawiło go obszerne łoże z miękkim materacem, które obiecywało porządny nocny wypoczynek po długotrwałej męczącej jeździe samochodem. Wypakował swój skromny bagaż do wielkiej dębowej szafy i poszedł do łazienki, by się nieco odświeżyć. Komisarz Kalita zaprosił go wraz z Klaudynką na kolację do swego domu. Sęczawa był porządnie głodny. „Co to za Kresy” – pomyślał zmieniając koszulę „skoro można do nich dotrzeć w ciągu jednego dnia z Warszawy?” „No tak, żyjemy wszakże w XX wieku – odpowiedział zaraz sam sobie, „kiedy przestrzeń i czas znacznie skurczyły się na skutek ludzkiego ducha wynalazczości”.
Klaudyna po raz drugi tego dnia wprawiła w osłupienie prużańskiego komendanta, gdy dołączyła do niego przed wejściem do hotelu, gdzie Kalita palił papierosa oczekując na swych gości. Ubrana była teraz w szarą spódnicę i ciemny żakiet. Włosy miała starannie upięte w kok, regularne rysy jej twarzy podkreślał subtelnie delikatny makijaż, a piękne dłonie pani psycholog obciągnięte były koronkowymi rękawiczkami. Waligórska wyglądała jak panna z dobrego domu udająca się z wizytą do krewnych, którzy szczególną wagę przywiązywali do konwenansów. W jej wyglądzie nie było nawet śladu uprzedniej ekstrawagancji. Wyglądało na to, że po zakończeniu obowiązków służbowych pani starszy inspektor sanitarny z ministerstwa spraw wewnętrznych odmieniała się wracając do uporządkowanego świata „normalnych” ludzi. Obok policjanta stanęła inna osoba. Świat niesamowitości, zbrodni i wynaturzeń został na moment zapomniany; zepchnięty w inne rejony świadomości; ciepły wiosenny wieczór zdawał się przywracać normalność.