Dziś są Imieniny: Doroty, Justyna, Wawrzyńca
5 . 09 . 2010
W Twojej przeglądarce jest nieaktywny JavaScript. Niektóre elementy strony do poprawnego wymagają włączonego JavaScript - włącz go aby cieszyć się pełnią funkcjonalności strony.
Lubelski portal biznesowy
Szukaj
Motto biznesowe

„Jeśli chcemy, by ludzie wykonywali dla nas dobrze pracę, dajmy im dobrą pracę do wykonania."

 

Colin Douglas

Gorąco polecamy książkę P.K. McBride’a „Internet po pięćdziesiątce”. To znakomity podręcznik korzystania z najpopularniejszego obecnie medium przeznaczony dla seniorów. Czytelnicy znajdą w nim nie tylko podstawowe objaśnienia dotyczące funkcjonowania Internetu, ale także bogaty zestaw praktycznych porad, jak poruszać się po świecie wirtualnym.

czytaj dalej

Newsletter

Odc.3

Klaudynką nazywano w Referacie pannę Klaudię Waligórską, niespełna trzydziestoletnią absolwentkę psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. O jej zatrudnienie w policji Głombicz stoczył swego czasu szereg zażartych potyczek słownych z komendantem głównym Policji Państwowej, generałem Konradem Zamorskim. Korzystanie przez detektywów z usług psychologów wchodziło już wówczas powoli w modę. Panna Klaudyna była jednak najbardziej ekscentrycznym psychologiem, jakiego można było sobie wyobrazić. Jej pasją było przybieranie w trakcie śledztwa rozmaitych osobowości. Również na codzień sprawiała wrażenie osoby, która pilnie wymaga opieki psychologa, by nie rzec - psychiatry. Jej pomoc w dotychczas przeprowadzonych śledztwach okazywała się jednak bezcenna. Początkowe żarciki, które bezustannie goniły ją po korytarzach stołecznej komendy, ustąpiły z czasem miejsca pełnemu szacunku podziwowi, a nawet sympatii. Panna Waligórska stała się swego rodzaju maskotką policyjnej centrali, a i w pewnym sensie jej znakiem firmowym.
Klaudynka nie urzędowała na codzień w komendzie. W przypadku spraw wymagających koncepcyjnej interwencji wzywana była przez naczelnika. Z komisarzem Sęczawą tworzyła de facto samodzielny zespół. Głombicz był dumny z tej pary.
Podniósł słuchawkę telefonu i polecił pannie Jadzi, by połączyła go z Waligórską. Po chwili usłyszał jej dziewczęcy alt.
- Już przyjeżdżam – powiedziała, zanim naczelnik zdążył cokolwiek rzec i rozłączyła się. Zdumiony Głombicz odwiesił słuchawkę. – Ta baba ma szósty zmysł – skonstatował.
- Tak. To czarownica – zgodził się bez oporów Sęczawa i zaczął ponownie upychać akta do papierowej teczki. Następnie pociągnął ostatni łyk kawy i podniósł się z krzesła. – Odmeldowuję się inspektorze – rzekł.
- Ciekawe, jaką legendę każe sobie stworzyć Klaudynka tym razem – zadumał się naczelnik. Sęczawa zamykał już jednak drzwi jego gabinetu od strony sekretariatu. Odprowadzany powłóczystym spojrzeniem panny Jadzi wyszedł na korytarz i skierował kroki w kierunku swego pokoju. 
Mimo swych czterdziestu lat Sęczawa był wciąż atrakcyjnym mężczyzną. Mierzył sobie 186 centymetrów wzrostu i był proporcjonalnie zbudowany. Wielu młodych policjantów mogłoby mu pozazdrościć muskulatury. Dbał o kondycję fizyczną, co – gdyby posiadały taką zdolność – potwierdziłyby na żądanie drzewa w Lasku Kabackim, gdzie miał zwyczaj często odbywać rekreacyjne przebieżki. W piątkowe wieczory, jeśli tylko pozwalały mu na to obowiązki służbowe, odbywał bokserskie sparingi z samym Antkowiakiem, nierzadko przeradzające się w regularne walki. Niemal codziennie gimnastykował się rano i wieczorem. Pływał czasami w Instytucie Wychowania Fizycznego im. Józefa Piłsudskiego na Bielanach. Należał do policyjnego klubu jeździeckiego. Na koniu trzymał się znakomicie. Kilka razy wystartował w resortowych zawodach lekkoatletycznych w pchnięciu kulą. Palił i pił umiarkowanie. Wyjątki stanowiły specjalne zjazdy weteranów z macierzystej jednostki wojskowej oraz odbywające się raz na dwa miesiące „trunkowe orgie” uprawiane w willi inspektora Głombicza na dalekim Żoliborzu. 
Wszystkie te zalety nie oznaczały, że komisarz był pozbawiony wad. Miał ich dokładnie tyle, ile przypisane jest każdej normalnej jednostce ludzkiej. Był człowiekiem skłonnym do wybuchów niekontrolowanej pasji. Nie brakło mu jednak energii i chęci do życia. Najlepszą rekomendację, jeśli chodzi o męską tężyznę Sęczawy mogłaby mu wystawić jego żona. Mimo iż nie mieli dzieci. Pani Renata zwykła mawiać w trakcie kawowych posiedzeń z przyjaciółkami odprawianych w „Hotelu Europejskim”, że jej „Gucio” jest „zwinnym byczkiem, który dla niepoznaki przybrał posturę sennego niedźwiedzia”. Chichotały potem jak pensjonarki, wymieniając się stosownymi szczegółami.
Sęczawa przemieszczał się sprężystym krokiem i chodził wyprostowany. Tak też dotarł do drzwi, na których umieszczono jego służbową wizytówkę. Podkomisarz Dziurdziak, który dzielił z nim pokój popijał właśnie świeżo zaparzoną herbatę. Po zdawkowym przywitaniu, komisarz zamówił sobie także szklankę tego trunku. Po chwili wniosła ją do pokoju pani Helena, pełniąca w Referacie funkcję pomocy gospodarczej. Współpokojowiec Sęczawy wkrótce opuścił komisarza udając się do sobie tylko wiadomych służbowych zajęć „na mieście”. Sęczawa rozsiadł się wygodnie na swym ulubionym krześle, które swego czasu przetransportował z domu przy Poznańskiej i ponownie zagłębił się w lekturze.
„Po przybyciu na miejsce zgłoszonego zdarzenia” – czytał, „odkryto w leśnej ściółce zwłoki, które – jak okazało się później na skutek pierwszych oględzin lekarskich – należały najprawdopodobniej do kobiety w wieku, mniej więcej, dwudziestu, dwudziestu kilku lat. Zwłoki znajdowały się w stanie częściowego rozkładu. Nie mogły zostać ukryte wcześniej niż przed kilkoma dniami, gdyż w przeciwnym wypadku padłyby ofiarą leśnych zwierząt, których w Puszczy Różańskiej jest pod dostatkiem. Na to liczył zapewne morderca, gdyż fakt, iż kobieta padła ofiarą morderstwa był dla nas wszystkich, obecnych na miejscu znaleziska, zupełnie oczywisty. Wraz z posterunkowym Kołodziejem zabezpieczyłem miejsce zdarzenia oraz przesłuchałem wstępnie gajowego Stelmasiaka Józefa, który pierwszy odkrył zwłoki. Następnie przybyła na miejsce ekipa dochodzeniowa z Komendy Powiatowej w Prużanach dowodzona przez podkomisarza Marcina Kalitę. W ekipie znajdowali się też technicy policyjni i lekarz sądowy, doktor Adam Bielański. Po przeprowadzeniu stosownych czynności, zwłoki zostały zabrane i przetransportowane do zakładu medycyny sądowej w Brześciu. Protokół sporządził starszy aspirant Zygmunt Śliwa, komendant posterunku policji państwowej w Różanej”.
Saniawa zapoznał się następnie z zeznaniem Stelmasiaka oraz bardzo uważnie przestudiował raport z sekcji zwłok przeprowadzonej przez doktora Bielańskiego. Lekarz nie potrafił określić jednoznacznie przyczyny zgonu. Nie stwierdził żadnych obrażeń wewnętrznych. Jeśli chodzi o objawy zewnętrzne odkrył krwawe podbiegnięcia w okolicach szyi, ramion i bioder ofiary. Jakby kobieta była w tych miejscach skrępowana sznurkiem lub paskiem. Za paznokciami denatki odkrył skrawki ludzkiej skóry, co oznaczało, iż ofiara stawiała opór i stoczyła z napastnikiem lub napastnikami walkę. „Całe zajście stwarza wrażenie jakby rytualnego mordu” – pisał Bielański. „Wszystko wskazuje na to, iż ofiara zmarła na skutek wykrwawienia się, choć brak na jej ciele ran dostatecznie rozległych, by pogląd ten uzasadniały. Na szyi denatki, w okolicach tętnicy żylnej stwierdziłem dwa głębokie nacięcia o regularnych, kolistych kształtach. Być może, iż kobieta została skrępowana przez napastnika, przywiązana do drzewa i pozostawiona na łup jakiegoś nieznanego zwierzęcia, które wyssało jej krew. Nigdy przedtem w swej praktyce lekarskiej nie zetknąłem się z takim przypadkiem. Mamy tu jednak z pewnością do czynienia z nienaturalnym zejściem”.
Raport obudowany był – rzecz jasna – szeregiem fachowych pojęć medycznych, łacińskich określeń i uzasadnień wniosków, do których dochodził lekarz. Bielański podkreślił również, że ofiara z całą pewnością nie była zgwałcona, choć nie była już dziewicą. 
Sęczawa kończył właśnie odczytywanie nader interesujących szczegółów, gdy drzwi do jego pokoju otworzyły się gwałtownie i w progu stanęła kobieta ubrana w workowatą suknię przypominającą znoszony mnisi habit. Na głowie miała niewielki kapelusik z pawim piórem zatkniętym za obramowanie ronda. Jej szary, pokutny strój kontrastował nieprzyzwoicie z radosnym obliczem małej dziewczynki. 
Klaudia Waligórska była zjawiskowo piękna. Sęczawa prowadził dla zabawy osobisty ranking najpiękniejszych kobiet, jakie widział na żywo w swoim życiu. (W rankingu nie były umieszczane zatem, na przykład, gwiazdy filmowe, gdyż komisarz nie bywał na codzień w tych kręgach). Klaudia zajmowała na wspomnianej liście od wielu miesięcy stałe, niepodważalne, wysokie miejsce w pierwszej dziesiątce. Miała delikatną twarz o przezroczystej cerze, pięknie wykrojone usta oraz okrągłe, czarne oczy. Robiła jednak wszystko, by ukryć swoje wdzięki. Świadoma, rzecz jasna, swej urody utrzymywała, że czyni tak dla zasady. „Detektyw nie może przyciągać wzroku postronnych osób” – powtarzała. „Nie może być łatwy do zapamiętania. Musi być najbardziej szarym szaraczkiem wśród szaraczków”. 
Sęczawa, słysząc te opinie uśmiechał się w duchu. Panna Klaudia nie była najwyraźniej świadoma faktu, że jej sposób bycia całkowicie wyklucza jakąkolwiek anonimowość, lub była to z jej strony perfidna gra. Wiecznie palące się w jej spojrzeniu ironiczne iskierki wskazywałyby raczej na to drugie. Jak na swój młody wiek Klaudia Waligórska wiedziała już sporo o życiu, a obcowanie z mrocznymi zakamarkami ludzkiej duszy musiało pozbawić ją idealizmu.
- Witam, komisarzu – rzuciła Klaudynka na dzień dobry i osunęła się na krzesło, na którym jeszcze do niedawna zasiadał Dziurdziak. – Jestem dzisiaj kompletnie roztrzęsiona. Nie tak ma przecież wyglądać polski czerwiec, prawda? Kto umarł?
Sęczawa podniósł głowę znad akt i chwilę wpatrywał się w naszyjnik dyndający na drobnych, choć ponętnych piersiach Waligórskiej. Wyglądało na to, iż składał się on z drewnianych dziecinnych klocków, pomalowanych na różne kolory i nanizanych na zwykły konopny sznurek.
- Może się najpierw porządnie rozgościsz i wypijesz coś ciepłego – zasugerował. 
- A tak, mogę – odparła Klaudynka, po czym rzuciła się ponownie do drzwi i wielkim głosem przywołała panią Helenę. Zamówiła herbatę i z niewinną minką znów zasiadła za biurkiem Dziurdziaka.
Sęczawa zapoznał ją pokrótce ze sprawą wampira, a być może wampirów. Około południa byli już po lekturze całości akt. Około drugiej zakończyli konferencję w gabinecie Głombicza. Odebrali od pani Jadzi delegacje oraz inne stosowne dokumenty uwiarygodniające ich misję, przy czym sekretarka naczelnika odniosła się kilkakrotnie bardzo nieprzyjaźnie do pani magister Waligórskiej. Popołudnie i wieczór mieli spędzić – każde z osobna – na „rozpracowywaniu” tematu. Byli umówieni na szóstą rano następnego dnia pod domem na Wolskiej, w którym Klaudynka wynajmowała dwa pokoje z kuchnią. Miał tam zjawić się Sęczawa wraz ze swoim fiatem. Czekała ich długa podróż na Kresy. 
Tym razem pani psycholog udawała się w podróż jako pracownica Inspektoratu Sanitarnego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Miała badać stan higieny na wsi i w miastach oraz stwierdzać, na jakim etapie znajduje się realizacja wznoszenia w przydomowych obejściach słynnych „sławojek” czyli pobielanych wychodków, której to akcji patronował sam minister Felicjan Sławoj-Składkowski, najwyższy zwierzchnik zarówno Sęczawy, jak i Waligórskiej.