Dziś są Imieniny: Czcibora, Marii, Serafiny
8 . 09 . 2010
W Twojej przeglądarce jest nieaktywny JavaScript. Niektóre elementy strony do poprawnego wymagają włączonego JavaScript - włącz go aby cieszyć się pełnią funkcjonalności strony.
Lubelski portal biznesowy
Szukaj
Motto biznesowe

„Jeśli chcemy, by ludzie wykonywali dla nas dobrze pracę, dajmy im dobrą pracę do wykonania."

 

Colin Douglas

Gorąco polecamy książkę P.K. McBride’a „Internet po pięćdziesiątce”. To znakomity podręcznik korzystania z najpopularniejszego obecnie medium przeznaczony dla seniorów. Czytelnicy znajdą w nim nie tylko podstawowe objaśnienia dotyczące funkcjonowania Internetu, ale także bogaty zestaw praktycznych porad, jak poruszać się po świecie wirtualnym.

czytaj dalej

Newsletter

Odc.2

Rozdział I

1.

Na biurku komisarza Sęczawy z Referatu Spraw Kryminalnych Komendy Głównej Policji Państwowej w Warszawie rozdzwonił się telefon. Popularny „Gucio” wiedział, że za chwilę usłyszy w słuchawce melodyjny głos panny Jadzi, sekretarki szefa. Tak podpowiadało mu doświadczenie.
Nie pomylił się. Wzywał go inspektor Wojciech Głombicz.
Kiedy znalazł się w przedsionku naczelnikowskiego królestwa, panna Jadzia („Czemu, u licha!, większość sekretarek w urzędach centralnych RP ma na imię Jadwiga?” – pomyślał komisarz) rzuciła mu znad wielkiej maszyny do pisania marki Olimpia spojrzenie pełne obietnic. Takie spojrzenie rzucała każdemu oficerowi, który znalazł się w jej pobliżu. Z owych spojrzeń nic zatem nie wynikało. Służyły jedynie rozwichrzeniu męskiego ego i wyartykułowaniu zwykłej kobiecej kokieterii.
Sęczawa przyjął błysk w oku atrakcyjnej urzędniczki ze stoickim spokojem. Był mężczyzną jednej kobiety, swej ślubnej małżonki Renaty.
Po chwili otwierał wielkie, obite po wewnętrznej stronie bordową skórą drzwi. Szef siedział za wielkim, stylowym biurkiem. Wszyscy wysocy urzędnicy państwowi Rzeczpospolitej Polskiej zasiadali za wielkimi, stylowymi biurkami. Wszyscy wysocy urzędnicy państwowi na całym świecie zamawiali sobie takie właśnie meble. Tylko style bywały różne w zależności od lokalnej kulturowej tradycji. Bez zabytkowego biurka nie ma bowiem rasowego urzędnika.
- Siadaj – powiedział Głombicz głosem znużonym, choć dzień dopiero się zaczynał.
Lampa z sinawym kloszem rzucała blady cień na stertę papierów rozrzuconych na naczelnikowskim biurku. Leżała tam także płachta „Ilustrowanego Kuriera Codziennego”.
- Kawy? – zapytał naczelnik.
Sęczawa skinął aprobująco głową. Kiedy zadzwonił telefon, miał właśnie wyciągnąć z wysłużonej skórzanej teczki termos ze smolistą arabiką.
Sekretarka inspektora była zapewne przygotowana na to, by błyskawicznie zrealizować wielce prawdopodobne zamówienie. Pojawiła się w drzwiach dosłownie w kilka chwil po wysłuchaniu stosownego polecenia. Tacę trzymała wysoko pod bujnymi piersiami. Beżowy żakiet opinał ciasno jej zgrabną sylwetkę. Czarna spódnica kusiła męskie oczy głębokim wycięciem po bokach, zza którego wychylały się zgrabne łydki obciągnięte cienkimi pończochami w cielistym kolorze.
Panna Jadzia należała do kobiet wyzwolonych. Kolejnym wyrazem jej wyzwolenia były często zmieniane peruki. Dziś była brunetką. Ustawiając tacę, odsłoniła swoje drobne, białe ząbki.
Kiedy obaj oficerowie pochylili się nad filiżankami z aromatycznym płynem, a dyskretny zapach perfum sekretarki rozpłynął się równomiernie po gabinecie, Głombicz od razu przeszedł do sedna sprawy. Taki miał styl.
- Mam dla ciebie sprawę – powiedział. – Niedaleko Brześcia pojawił się wampir. Znaleziono tam zwłoki młodej dziewczyny. Charakterystyczną cechą tego zabójstwa jest to, że z ciała jakby wypompowano, czy też wyssano krew. Tak przynajmniej sugeruje miejscowy anatomopatolog. Sprawa stała się głośna. Pełno o niej w lokalnych gazetach. Obawiam się, że miejscowi detektywi nie poradzą sobie z tym przypadkiem. Istnieją poza tym wskazania, że jest to temat dla „specjalisty do specjalnych poruczeń”, czyli dla ciebie. Mamy z pewnością do czynienia z wynaturzeniem. Uzgodniliśmy z komendantem, że przejmiesz śledztwo.
- Wampir? – upewnił się ostrożnie „Gucio”. – Przecież nie wierzysz, do licha, w takie bzdury.
- Pewnie, że nie wierzę – potwierdził Głombicz. – Od tego mam jednak ludzi, by sprowadzili sprawę do jej rzeczywistego wymiaru.
- Tak – przyznał Sęczawa.
- Śledztwu nadamy jednak kryptonim „Wampir” – uparł się naczelnik.
Sęczawa odczuł w brzuchu charakterystyczne mrowienie. Zawsze tak reagował na kolejną kryminalną zagadkę. Natychmiast czuł się jak wyżeł, który wywąchał zająca.
- Poproszę zatem o szczegóły – powiedział.
Głombicz przesunął w jego stronę grubawą teczkę. Na tytułowej stronie inspektor nagryzmolił już czerwonym atramentem umowną nazwę śledztwa. Sęczawa zawsze zastanawiał się, jakie stopnie z kaligrafii miewał w szkole jego przełożony.
- Tu masz wszystko, co do tej pory zebrano – kontynuował naczelnik. – Protokoły policjantów, opinie lekarskie, opowieści świadków, nawet wycinki prasowe. Jak zawsze, daję ci wolną rękę. Wiesz, że nigdy nie ingerowałem w twoje metody pracy. Nie zawsze wychodziłem na tym dobrze, ale cóż... – tu naczelnik zawiesił głos. Nie doczekawszy się reakcji komisarza, ciągnął dalej: - Zabierzesz te papierzyska do swojego pokoju i dokładnie je przestudiujesz. Potem zameldujesz się u mnie i przekażesz mi swoje wnioski. U pani Jadzi leży już podpisana przeze mnie delegacja. Chciałbym, żebyś wyruszył w teren jak najszybciej. Mam nadzieję, że twój fiacik jest sprawny i że nie rozleci się na kresowych wądołach.
Za oknem gabinetu Głombicza mokła w wiosennym deszczu Warszawa. Chmury były tak gęste, że zdawało się, iż nad miastem rozciąga się głębia nocy. Obaj funkcjonariusze odczuwali z tego powodu przygnębienie. U naczelnika był to jakby permanentny stan ducha. Sęczawa miewał natomiast nastroje zmienne. Dziś żałował jednak, że wiosna nie dostaje należnych jej szans. Z każdym dniem przemija, a na następną trzeba będzie czekać cały rok.
Komisarz przywiązywał tymczasem wielkie znaczenie do wiosny i lata. Nie lubił chłodu. Uważał, że jesień i zima stanowią wyrwy w ludzkim bytowaniu. Najchętniej zapadałby w tym czasie w hibernację, chociaż uważał, że ludzie i tak robią zbyt wielką koncesję na rzecz przebywania w stanie niebytu. Krótkie życie stawało się w ten sposób jeszcze krótsze. Wyjątek robił jedynie dla mroźnych, słonecznych, zimowych dni, gdy w powietrzu wirowało samo zdrowie. Gucio podejrzewał ponadto, że kres jego ziemskiej drogi nastąpi właśnie w jednej ze znienawidzonych pór roku. To pogłębiało jeszcze jego niechęć do deszczowej aury. O nieprzyjemne dni toczył nawet spory z Panem Bogiem.
Popijając kawę – wbrew zaleceniu zwierzchnika, by papierzyskami zajął się dopiero po powrocie do własnego pokoju – rozwiązał sznurek w papierowej teczce i zaczął przeglądać zgromadzone akta. Głombicz tymczasem pogrążył się w zadumie. Dokładnie przewidział bieg wydarzeń, bowiem relacje między obu policjantami miały charakter swoistego rytuału, a w istocie szeregu rytuałów. Wszystkie były jednak powtarzalne. Trudno zresztą, żeby było inaczej. Z Sęczawą Głombicz współpracował już od bardzo wielu lat. Obaj przyszli do policji z wojska. Łączyła ich legionowa przeszłość i pewien incydent z wojny polsko-bolszewickiej. Do tego incydentu nigdy nie wracali w swoich prywatnych rozmowach, dotyczył bowiem spraw zastrzeżonych. Tak niepodlegających dyskusji, jak wyrwanie towarzysza broni ze szponów śmierci.
Pogrążony w lekturze Sęczawa wydawał się coraz bardziej ożywiony. Głombicz obserwował go kątem oka. Dostrzegł rąbek wycinka prasowego. Komisarz studiował właśnie artykuł z „Kuriera Prużańskiego”. Inspektor doskonale pamiętał jego treść. Tytuł artykułu wybity grubą, czarną trzcionką brzmiał „Wampir z Rożańskiej Puszczy”. Redakcja zamieściła również podtytuł „Makabryczne znalezisko w książęcym lesie”.
„Dwa dni temu” – głosił dalej tekst utalentowanego niewątpliwie reportera z wyraźnym literackim zacięciem, „to jest w czwartek 1 czerwca roku bieżącego, w Puszczy Różańskiej gajowy Stelmasiak Józef dokonując codziennego obchodu swojego rewiru potknął się o coś, co zrazu wziął za dziwnego kształtu sosnową gałąź. Już wcześniej obecność niezwykłego przedmiotu zasugerował mu jego pies, który zaczął nagle ujadać i kręcić się w jednym miejscu nie pozwalając się przywołać do nogi. Gajowy przekonał się w trakcie bliższych oględzin, iż z leśnego poszycia wystaje ludzka ręka ukryta pod płaszczem z liści, tworzących obecnie – na skutek niedawnych opadów - rozkisłą maź. Odkrycie to przeraziło rzeczonego Stelmasiaka tak, iż zbiegł z miejsca zdarzenia, udając się pospiesznie do budynku administracji lasów należących do księcia Jana Sapiehy, a niedawno wyprocesowanych od państwa. Na szczęście do książęcej leśniczówki odległej o osiem kilometrów od miasteczka Różana nie było daleko, gdyż rzeczony gajowy poruszał się pieszo. Sprawiający wrażenie osobnika poddanego niezwykle traumatycznemu doświadczeniu, powiadomił ówże Stelmasiak o swym makabrycznym odkryciu urzędników książęcej administracji. Na miejsce znaleziska udała się kilkuosobowa grupa osób. Po stwierdzeniu autentyczności opisanego przez leśnika wydarzenia, pracownik zarządu sapieżyńskich dóbr, pan Karol Juszczyński, poinformował telefonicznie o incydencie posterunek policji państwowej w Różanej. Funkcjonariusze wspomnianego posterunku zawiadomili bezzwłocznie Komendę Powiatową PP w Prużanach. O znalezisku został również poinformowany książę. Wcześniej zabezpieczono teren, gdzie gajowy Stelmasiak odkrył zwłoki. Po przyjeździe na miejsce policjantów, a następnie całej ekipy dochodzeniowej stwierdzono, iż odarte z odzieży ciało należy do kobiety i zostało złożone płytko w leśnej ściółce nie dalej jak kilka dni wcześniej. Tu oszczędzimy Szanownym Czytelnikom szczegółów odnośnie stanu, w jakim zwłoki się znajdowały. Pierwszej obdukcji ciała dokonał lekarz sądowy, pan doktor Adam Bielański. Jak dowiaduje się reporter „Kuriera”, tej wysokiej klasy specjalista przeprowadzając już pełną autopsję w zakładzie medycyny sądowej w Brześciu, stwierdził dziwną rzecz. Otóż na szyi ofiary znaleziono ślady, jakby od ukąszeń, a doktor nabrał przekonania, że z ciała nieszczęsnej kobiety wyssano krew lub spore tejże krwi ilości. Tożsamości ofiary nie udało się dotąd ustalić. Wśród miejscowej ludności rozeszła się już wszakże niepokojąca wieść, że w puszczy grasuje wampir. Utrudnia to pracę służb leśnych, a w okolicznych wioskach kobiety boją się wychodzić z domów. Nawet księżna Sapieżyna zrezygnowała ze swoich niemal codziennych konnych przejażdżek po puszczy. Policja prowadzi w tej sprawie intensywne śledztwo”.
Sęczawa odłożył wycinek gazetowy i podniósł wzrok na zwierzchnika.
- Bez Klaudynki się nie obejdzie - powiedział.
- Od początku to właśnie zakładałem – mruknął Głombicz.